my

my
od lewej: Krzaczuś, Mrówka, Emi aka Jim

4.18.2015

Telefon dzwoni, ale kto ma go odebrać?

 Pożegnaliśmy się w środę. Przyjechali na tydzień, żeby zobaczyć nas zanim znów wrócą do Wielkiej Brytanii i być może przez dłuższy czas już nie przyjadą. Czuli, co ich czeka. My też, ale nie chcieliśmy o tym rozmawiać. Zamiast tego piliśmy kawę z wiórkami kokosowymi. Była dobra.

W czwartek słyszeliśmy ją ostatni raz. Była silna, jak zawsze. Silniejsza od nas, chociaż to ona od trzech lat przeżywa prawdziwe piekło. Zamieniłem z nią parę słów. Prosiła, żebym zajął się mamą. Obiecałem, że to zrobię. Powiedziałem jej, że teraz to chyba ja będę dorosłym w domu. Tata zamknął się w sobie, a mama potrzebuje pomocy. Mojej pomocy. Ona dobrze mnie rozumiała. Sama kiedyś spełniała tą rolę. Powiedziałem jej, że da sobie radę. Zawsze dawała. Dzielna dziewczyna. Podałem telefon mamie, najbardziej potrzebowała rozmowy z nią.


 W piątek poszedłem do szkoły. Nie czułem się na siłach, ale wiedziałem, że pewien ktoś poprawi mi humor. I nie zawiodłem się. Przy nim zapomniałem o wszystkich problemach. On jest cudowny, szkoda, że nie mój. Tak, dobrze przeczytaliście, ON. Ale o tym może w innej notce. Na razie snujcie podejrzenia. W każdym razie wszystko się kończy, lekcje też. Wracając do domu, patrzyłem na ptaki. Były wolne. Zastanawiałem się, czy ona też będzie. Za kilka godzin miałem się przekonać.


 Czekanie to najgorsza rzecz na świecie. Zwłaszcza gdy czeka się na wiadomość o tym, jak potoczą się losy bliskich ci ludzi. Rodzice palili papierosy. Dużo. W całej kuchni kłębił się dym papierosowy. W sumie, nie przeszkadzało mi to. Mama mogła za dymem ukryć łzy.


 Zadzwonił brat. Poleciał tam, żeby być przy niej. To dobry chłopak. Zawsze to czułem. Mama drżącą reką podniosła telefon. Krzyczałem na nią, żeby odbierała szybciej. Nie panowałem już nad emocjami. Brat opowiedział nam o tym, co ich czeka.


 Jedno uderzenie młotkiem. I zniszczone życie dwojga ludzi. Bardzo bliskich mi ludzi. Wyrok? 2 i 4 lata. Za co? Za niewinność. Tak po prostu. Byli w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze. To tyle.


 Brat roztrzęsionym głosem powiedział, że zadzwoni później. Musi pobyć sam. Mamie znów zaczęły lecieć łzy z oczu. Tata skrył twarz w dłoniach i zaczął płakać. Pierwszy raz widziałem go płaczącego. To był naprawdę dziwny widok. Objąłem go. Mama też podeszła nas przytulić. "A myślałem, że jestem z kamienia..."- powiedział tata. Jest twardym człowiekiem, ale nawet on ma serce. Za to ja w tej chwili czułem się, jakby ktoś mi je zabrał. Moje ruchy był automatyczne, jakbym był robotem. Nie płakałem. Właściwie nic nie czułem. Rodzice uspokoili się. Zaczęli rozmawiać, dodawać sobie otuchy. Ja poszedłem do pokoju i próbowałem płakać. Nie mogłem. Może to szok, nie wiem.


 Minął dzień, a ja wciąż nie uroniłem ani jednej łzy. Pewnie przyjdą cięższe chwile i w końcu pęknę. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Zazwyczaj jestem wrażliwy. Przynajmniej zacząłem dziś coś czuć. To coś to tęsknota. Mam ochotę do niej zadzwonić. Usłyszeć jej głos. Ale jej komórka leży teraz, wyłączona w szufladzie. No właśnie. Telefon dzwoni, ale kto ma go odebrać?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz